Dodano: 27.05.2004

BMW-Dixi 1928 r. w niezwykłym wdzianku

Zastanawialiście się kiedyś jak jeździ się "beemwicą" sprzed 75 lat? Na pewno zupełnie inaczej. Wolniej i niesamowicie. Ale także przyjemniej i lepiej, bo bez wariactwa, agresji i cwaniactwa, na co dzień napotykanych na drodze.
Gdy trzy lata temu zobaczyłem pierwszy raz maleńkie sportowe BMW-Dixi w pięknym kolorze kość słoniowa, z otwieranym brezentowym dachem, wydawało mi się, że to po prostu dziecięcy samochodzik na pedały, w stylu retro. Nic bardziej mylącego! Pod maską, dwuczęściową, odchylaną ku górze, był silnik. Maciupki, ale prawdziwy. I wcale nie byle jaki, bo aż czterocylindrowy!

Gwoli historii, dzisiejszy Rover 75 ma więcej wspólnego z BMW niż przed laty miało BMW-Dixi. W sierpniu 1928 roku koncern Bayerische Motoren Werke kupił fabryczkę Dixi z Eisenach, wytwarzającą na angielskiej licencji małolitrażowego Austina Seven. Przejął całe dobrodziejstwo inwentarza, włącznie z halami produkcyjnymi i oprzyrządowaniem. Miniaturowe Dixi było więc owocem brytyjskiej myśli technicznej, od pewnego momentu wytwarzaną z biało-niebieskim śmigiełkiem na masce.

Z wczesnego numeru seryjnego ramy 0734 wynika, że nasz bohater opuścił fabrykę w 1928 r. Jego piękne, 4-osobowe (w teorii) nadwozie typu kabriolet jest jednak ewenementem, wykonanym na specjalne zamówienie przez nieustaloną (jeszcze) firmę nadwoziową. Auto sprzedał w tej formie berliński dealer BMW "Brenner & Schoth" z siedzibą przy Unter den Linden Strasse 14 (dziś w tym miejscu stoi hotel). Świadczą o tym eleganckie firmowe plakietki z rysunkiem bramy brandenburskiej, nitowane do nadwozia nad progami obok przednich błotników.
Właśnie tak przed wielu laty można było nabywać automobile. Najpierw kupowało się ramę z silnikiem i kołami. Potem podwozie "ubierało się" w karoserię wybraną przez klienta w jednej z wówczas mnogich firm nadwoziowych. Odpowiednio zamożny klient mógł wpływać na wygląd swojego wehikułu, decydując o najdrobniejszych szczegółach. Nawet o kształcie szwów na fotelach i klamek przy drzwiach. Wypada jednak dodać, że akurat ta forma zakupu nie była typowa dla taniutkich BMW-Dixi, wytwarzanych seryjnie, na owe czasy w dużej liczbie.

Linia karoserii naszego bohatera jest wyraźnie nowocześniejsza, nie tylko od standardowych wczesnych Dixi, ale nawet od sportowych modeli DA2 i DA3 z pierwszej połowy lat 30. Przypuszczalnie karoseria jest młodsza o kilka lat od auta. Jak to wytłumaczyć? Kiedyś też zdarzały się wypadki drogowe. Spore żniwo zbierała także rdza. A każdy większy "dzwon" (lub przemiana blach nadwozia w totalne rzeszoto) był niepowtarzalną okazją, żeby kupić automobilowi nowe wdzianko!

Opisywane BMW-Dixi może uchodzić za "białego kruka". Musiało zaczekać 11 lat od chwili zakupu, aż do 1997 roku, na rozpoczęcie mozolnej rekonstrukcji, która zajęła następne trzy lata. Samochodzik, wówczas jeszcze biały, na pierwszy rzut oka prezentował się nieźle. Właściciel wspomina jednak, iż im bardziej zagłębiał się w remont, tym stan Dixi okazywał się dużo gorszy niż przypuszczał.

Wszystkie części mechaniczne kwalifikowały się do wymiany, albo gruntownego remontu. Przez lata drewniany szkielet karoserii, ukryty pod blachami, w wielu miejscach przegnił do cna, albo padł ofiarą pasożytów zjadających drewno. Zewnętrzne blachy karoserii trzymały się w zasadzie tylko na kilku warstwach niedbale położonych farb. Po ich zerwaniu okazało się, że stal przypomina zardzewiały durszlak. Wiele części było tak zniszczonych, że trzeba było je dorabiać, metodą prób i błędów, na podstawie rysunków z kopii katalogu części BMW-Dixi. Kilka elementów nie jest oryginalnych, choćby klakson z auta nieznanej marki z lat 20., boczne "chrapy" na masce silnika wzięte z Wanderera, dodatkowe elektryczne kierunkowskazy (założone dla bezpieczeństwa) i dołożona silnikowi pompa wody (dla spokoju właściciela, gdy jeździ w upalne dni).

Jedyne w swoim rodzaju Dixi narodziło się ponownie latem 2000 roku, budząc w okolicy sensację w czasie pierwszych przejażdżek.
Jazda "diksówką" wymaga pewnych wyrzeczeń. Fiat 126p jest przy niej przestronną limuzyną. Współczesny, przerośnięty i długonogi kierowca lub pasażer musi na przednich fotelikach usiąść w małpiej pozycji "kolana koło uszu". Na tylnej kanapce zmieści się chyba tylko jamnik, oczywiście usadowiony w poprzek, oby nie za długi, bo będzie wystawać na boki. Naszym przodkom nie było jednak tak ciasno. Antropolodzy potwierdzą. Przed drugą wojną ludzie byli niżsi średnio o 20-25 cm. Źle znoszący przeciągi powinni włożyć stylowe pilotki, gdyż głowy lekko wystają ponad ramę przedniej szyby. Koła są szprychowe, więc ostrożnie z długimi szalami, żeby nie powtórzyć makabrycznego przypadku Isadory Duncan.

Na pocieszenie, Dixi jest całkiem nieźle wyposażone. Ma wielką kremową kierownicę, składany dach, dwie wycieraczki na korbki, foteliki pokryte mocną skórą odporną na słońce, stylowe zegary z chromowanymi obwódkami (w tym prędkościomierz skalowany bardzo optymistycznie do 140 km/h), a nawet prądnicę-rozrusznik (dynamostarter). Przednią dzieloną szybę można uchylać dla poprawy wentylacji.
Poza tym Dixi robi wiele rzeczy, których nie umieją współczesne auta. Potrafi na przykład podrywać ponętne spacerowiczki, które wcale nie patrzą na jezdnię. Wystarczy pociągnąć gałkę na blaszanej desce rozdzielczej. Wówczas tajna klapka przed tłumikiem wydechu otworzy wypływ nie wyciszonych spalin. Wtedy Dixi zaczyna powarkiwać rasowo i donośnie, niczym ratlerek udający bernardyna. I od razu wszyscy na ulicy oglądają się z ciekawością, co to i kto to jedzie! Tak groźnie potrafi brzmieć dolnozaworowy silniczek 748 cm3 o stopniu sprężania 5,6:1, osiągający maksymalną moc 15 KM przy 3000 obr/min.

Rano motor wymaga bezbłędnej procedury, aby niezawodnie zapalić. Otwieramy kranik paliwa, czekamy chwilę aż benzyna spłynie do górnossącego gaźnika, pociągając gałkę na desce rozdzielczej włączamy ssanie, pokręcamy kilka razy wałem korbowym korbą wsuniętą w otwór nad przednim zderzakiem, kluczykiem włączamy zapłon i wreszcie naciskamy guzik dynamostartera. Jeśli tylko wystarczy prądu w 6-voltowym akumulatorku, zza blaszanej deski rozdzielczej dobiegnie zgryźliwy zgrzyt i silniczek obudzi się do życia.
Początkowo wydaje się niezadowolony z pobudki. Prycha, chrząka i syczy gniewnie, otrząsając się z resztek snu. Wymaga 2-3 minut rozgrzewki na poprawę humoru, inaczej zgaśnie przy próbie ruszenia. Gdy zaczyna pyrkotać równomiernie i bez zawahań reaguje na polecenia pedału gazu, można ruszać. Dla zachowania poprawnej, miarowej pracy motorek wymaga starannej regulacji zapłonu i zaworów oraz czyszczenia świec co 1,5-2 tys. km. Do smarowania dobry jest gęsty olej (20W/50), a do chłodzenia woda destylowana, która w przeciwieństwie do płynu chłodzącego nie ma skłonności do krotochwilnego przeciekania przy każdej nadarzającej się okazji.
Trzybiegowa skrzynia nie ma synchronizacji. Wymaga dużego wyczucia i sztuki operowania międzygazem, aby nie zgrzytała. 15 koni wystarcza żeby lekki kabriolecik nie przeszkadzał na spokojnych miejskich ulicach. Na szosie potrafi popędzić nawet 90 km/h. Tylne zawieszenie jest bardzo oryginalne. Podłużne ćwierćeliptyczne resory piórowe pełnią jednocześnie rolę wahaczy wleczonych. Z jednej strony są kotwiczone do karoserii, a z przeciwnej do tylnej sztywnej osi. Ich działanie uzupełniają maleńkie sprężyny śrubowe. Brak amortyzatorów i wiotkie koła o motocyklowej konstrukcji zniechęcają do szaleństw. Na ostrych wirażach dosłownie widać jak gną się szprychy. Powyżej 60-70 km/h Dixi staje się chybotliwe, zaczyna nerwowo podskakiwać na byle nierównościach i myszkować po szosie, wymagając ciągłych korekt toru jazdy. Oprócz tego hałas silnika i przeniesienia napędu staje się trudny do zniesienia. Uważać trzeba zawsze, gdyż mechanicznie sterowane hamulce nie przystają skutecznością do współczesnego ruchu. Kierowca musi przewidywać zachowanie innych pojazdów i przechodniów, o kilka ruchów naprzód, aby nie dać się zaskoczyć.
Mała otwarta "diksówka" daje inny rodzaj radości z jazdy niż germańskie z krwi i kości modele BMW z końca lat 30. Najprzyjemniej podróżuje w tempie około 50 km/h. Wtedy silnik pyrkoce grzecznie i nie natarczywie, wciągając na każde 100 km najwyżej 6 litrów benzyny, grawitacyjnie spływającej z baku w komorze silnika. Przy tej prędkości wóz jeszcze posłusznie reaguje na polecenia kierowcy. Wiatr przyjemnie czesze włosy, zdumieni ludzie przystają na chodnikach i uśmiechają się od ucha do ucha, co rusz ktoś uprzejmie wypuszcza z bocznych uliczek, a mijające nas ciężarówki trąbią i mrugają światłami, radośnie pozdrawiając fikuśnego staruszka. A Dixi odpowiada im kwacząc prześmiesznie gumową trąbką klaksonu, nie wylatując z szosy, chyba tylko dzięki opiece świętego Krzysztofa, po podmuchu towarzyszącym mijaniu z niemal każdym rozpędzonym tirem.

Niewiele aut daje tyle radości z jazdy w upalny słoneczny dzień. Okiełznanie tego "potwora" sprawia wielką satysfakcję, tym bardziej, że nie z każdym za kierownicą chce jechać. Gasząc silnik po jeździe nie można zapomnieć wyłączyć światła i zapłon. Inaczej po pół godzinie, z pewnością zabraknie energii, nawet do wytworzenia iskry na świecach.

 

Tekst i zdjęcia: Radek Borowicki (rapid130)

oldtimery