Dodano: 14.02.2003

Hulanki lutowe - czyli szkoła panowania nad autem na śniegu

Wiedzeni zaproszeniem naszego Prezesa oraz atawistyczną żądzą pobrykania po śniegu, 9 lutego 2003 r. zjawiliśmy się na lotnisku na warszawskim Bemowie. Paweł (E32, 730) przyjechał aż z Wrocławia. W tym celu wyruszył o 3 nad ranem (sic!). Gdy przybyłem na miejsce przed godz. 10 już z daleka dostrzegłem jego granatową siódemkę, wcale zresztą nie zmęczoną i - podobnie jak Paweł - wyczekującą. Wkrótce dojechali pozostali z Warszawy i okolic: Bastek (E36, 316) z żoną, Grześ (E36, 318 coupe) z dwojgiem dziewcząt - żoną i nową klubowiczką Kasią. Sam Prezes (E36, 318 touring) towarzyszył nam na początku i pod koniec imprezy.

Rozpoczęliśmy od krótkiej autoprezentacji Piotra Wróblewskiego, który całość miał poprowadzić (i poprowadził!). Następnie przez pierwsze kilkanaście minut przekazywał nam podstawowe zalecenia dotyczące pozycji za kierownicą i wykonywania manewrów. Omówił także najczęściej spotykane błędy, wynikające głównie z niewiedzy i nonszalancji. Słuchaliśmy uważnie, wiele z uwag uważając za oczywiste. Inne wywoływały niepokój na naszych skądinąd pewnych siebie obliczach, wskazując niezbicie, że sami je popełniamy...

Potem ruszyliśmy kawalkadą - złośliwy rzekłby, że po prostu 4 BM-kami gęsiego - na kilkusetmetrowy pas. Kompletnie ośnieżony, z dużymi "marginesami bezpieczeństwa" (po bokach łąka). Tam, z Piotrem na pokładzie, ćwiczyliśmy poślizgi: rozpędzanie do 70 km/h, skręt kierownicy, ujęcie gazu, kontra. Wspaniałe doświadczenie. Było trochę piruetów, boczne zaspy zaliczone dwa razy (szpadel w ręce i po kilku minutach auto mogło znów śmigać). Ostatnia część, w której dołączył do nas Damian (E30, 320), to jazda po torze slalomem. Tu droga była węższa, a bandy (czyt. zaspy) - wyższe. Niektóre miejsca były mocno wyślizgane, więc wjazd ze zbyt dużą prędkością, przyśpieszanie czy - najgorsze z możliwych - hamowanie kończyło się obrotem. Znaczny odcinek toru stanowiła pętla odśnieżona pługiem na szerokość jednego tylko auta. W przejazdach na czas najlepiej pojechał Damian.
Na sam koniec Paweł ruszył swoim E32 na ostatni, popisowy - rzec by się chciało, przejazd. Czy to zbytni optymizm instruktora, czy nieposkromiona energia Pawła sprawiły, iż pojechał zbyt szybko i nie opanował auta. Nie tyle wjechał na zaspę, ile wskoczył na nią! Zawisł na podwoziu tak, że tylko gruntowne odkopywanie (podkopywanie?) mogło pomóc. Pracowaliśmy wszyscy w pocie czoła. Po ponad pół godzinie wyjechał wreszcie, a my sprawdziliśmy tylko, czy jakaś z części nie została w śniegu... Na szczęście obyło się bez strat - uzupełnienia wymagały jedynie naderwane spinki mocujące plastikowe listwy progowe.

Zziębnięci i spracowani (w końcu nie na co dzień pracujemy szpadlem i łopatą) udaliśmy się do knajpki w centrum, by ogrzać się i posilić. Szkolenie pokazało, że zachowanie naszych aut na śniegu jest dość zróżnicowane. E32 "bardzo chętnie" wchodziło w poślizg, a np. moja E36 była zdecydowanie mniej nadsterowna. Również poszczególne trójki znacznie się między sobą różniły. Każdy przejazd był lepszy, za każdym razem lepiej poznawaliśmy własne auta. Niektórzy już podjęli decyzję o kolejnych szkoleniach w trybie indywidualnym, jeszcze zimą bądź "na suchym" na wiosnę.

 

Tekst: Michał Glinka
Zdjęcia: Paweł Zal

lista klubowych imprez